Rok 2016 pod patronatem prof. Gerarda Labudy

Gerard Labuda urodził się 28 grudnia 1916 w Nowej Hucie koło Kartuz. Edukację rozpoczął już w rodzinnym domu. Kiedy w wieku ośmiu lat podjął naukę w czteroklasowej szkole powszechnej w Luzinie, biegle pisał i czytał po polsku i niemiecku. Po ukończeniu tej szkoły uczęszczał do Gimnazjum Klasycznego w Wejherowie. W 1936 roku rozpoczął studia historyczne na Uniwersytecie Poznańskim. W roku akademickim 1938-1939 był stypendystą Uniwersytetu w Lund w Szwecji. Studia historyczne przerwał mu wybuch II wojny światowej, kontynuował je na tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich z siedzibą w Warszawie. Tam w 1943 roku otrzymał tytuł magistra. Doktorat obronił w 1944 roku, na podstawie rozprawy „Założenia Arcybiskupstwa Magdeburskiego i Biskupstwa Poznańskiego na tle wschodniej polityki misyjnej”. Po wojnie rozpoczął pracę na Uniwersytecie Poznańskim. W 1946 roku habilitował się na podstawie rozprawy „Studia nad początkami państwa polskiego”, w większej części napisanej w czasie okupacji.

Czytaj więcej...

W 1950 roku uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego Uniwersytetu Poznańskiego. Od 1962 roku do 1965 roku był rektorem Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. W latach 1958-1961 pełnił funkcję dyrektora Instytutu Zachodniego. W latach 1984-1989 był wiceprezesem PAN a w latach 1989-1994 prezesem PAU.

Poza swoją działalnością naukową znany był także jako niezapomniany wychowawca pokoleń studentów. Wypromował ponad 100 magistrów i kilkudziesięciu doktorów. Jego studentami byli m.in. profesorowie: Jerzy Hauziński, Bogusław Drewniak, Marceli Kosman, Jerzy Strzelczyk, Edward Rymar, Mieczysław Stański oraz docent Irena Radtke.

Uzyskał tytuły doktora honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Uniwersytetu Szczecińskiego.

Prof. Labuda zmarł 1 października 2010 roku. Został pochowany w Luzinie na Kaszubach.

Aktualności: Motyl w jantarze

Maria Krośnicka wspomina prof. Gerarda Labudę

Pierwszy raz zobaczyłam prof. Gerarda Labudę

26 maja 1979 roku, gdy przyjechał do Luzina na spotkanie z przyjaciółmi z młodości. Śladem tej wizyty jest wpis w kronice tamtejszej biblioteki: z wielkim wzruszeniem odwiedziłem po czterdziestu latach Luzino, gdzie w 1924 roku zacząłem uczęszczać do szkoły, i Wejherowo, gdzie uczęszczałem do gimnazjum, dojeżdżając ze stacji Luzino przez osiem lat. Szkole luzińskiej zawdzięczam najcenniejszą w życiu sztukę czytania i pisania, przez tę sztukę otworzył się dla mnie świat nauki i kultury. Wszystko to wiąże się dla mnie z tym świętym dla mnie miejscem.

Przyjaciele siedzieli w skupieniu, słuchając wykładu na temat zastosowania niektórych wyrazów szwedzkich w języku kaszubskim. Później wspominali lata szkolne, wojnę i okupację, a następnie opowiadali o swoich rodzinach. Przyglądałam się z uwagą temu niezwykłemu spotkaniu. Fascynowała mnie prostota i zwyczajność niezwykłego gościa. Zastanawiałam się, co robił ten chłopiec z naszej miejscowości, by dostąpić najwyższych zaszczytów w świecie nauki i kultury. Nie spodziewałam się wtedy, że nasza znajomość będzie kontynuowana.

Profesor drugi raz przyjechał do Luzina

na uroczystość związaną z 50-leciem biblioteki. Wówczas ponownie spotkał swoich przyjaciół. Pamiętam, co mówił: Zawsze myślę, jak teraz w Luzinie wszystko się zmieniło na wysoki połysk, w porównaniu do naszych młodzieńczych czasów. Kto by pomyślał, że na Kukówce powstanie coś tak wspaniałego. Dopiero jak zacząłem się uczyć w gimnazjum, mogłem zetknąć się z prawdziwą biblioteką. Biblioteka i książki, i tak już zostało.

Decyzja władz samorządowych o obchodach 750-lecia Luzina w 1996 roku spowodowała naszą współpracę nad wydaniem okazjonalnej publikacji Dzieje wsi Luzino do końca XIX wieku. Pokłosiem tej współpracy jest zachowany maszynopis oraz bogata korespondencja towarzysząca wydaniu tej książki. W jednym z listów Profesor pisał: Wreszcie dobiłem końca. Kuńc je kuńc! Po łacinie mówi się Finis coronat opus! (…) Jeszcze raz, na zakończenie tej krótkiej, ale wytężonej pracy, kieruję słowa szczególnego podziękowania dla Helenki (mojej mamy – dopisek M.K.), że z jej inicjatywy wzięła się ta myśl napisania historii Luzina. Wątpię, czy sam z siebie zdobyłbym się na to; mam ciągle dziesiątki innych prac na głowie no i na sercu, m. in. Historię Kaszubów (…) Teraz jak w filmie snuje się przede mną smuga różnych epizodów i wydarzeń z tamtych lat. Jak to dobrze, że się nie wiedziało wtedy, kim się będzie potem!

Choroba i śmierć żony Alberty

bardzo przygnębiła prof. Labudę. Długo nie mógł wrócić do pisania, a pracował wówczas nad św. Wojciechem. Zaproponowałam wówczas Profesorowi współpracę, która polegała na tym, że po napisaniu rozdziału przesyłał swój maszynopis do Luzina. Przepisywaniem maszynopisu na komputerze zajmowała się koleżanka bibliotekarka  Krystyna Kotłowska. Przepisane teksty odsyłaliśmy do korekty i tak w trzy miesiące później powstał materiał, który Profesor przekazał do dalszej pracy redakcyjnej wydawnictwu. Promocję książki Święty Wojciech. Biskup-męczennik. Patron Polski, Czech i Węgier zorganizowaliśmy w bibliotece w Luzinie. W spotkaniu z autorem uczestniczyli Jego przyjaciele, władze gminy, powiatu, województwa oraz młodzi naukowcy wywodzący się z Luzina. Spotkanie trwało trzy godziny. Uczniowie gimnazjum czytali fragmenty książki o św. Wojciechu. Odczytano również listy przysłane do Gerarda Labudy na temat wydanej książki. Ciekawostkę stanowił list Jana Pawła II, z którego pan profesor był bardzo dumny.

Dzięki tej współpracy poznałam lepiej wybitnego luzinianina. Zaznajomiłam się z metodami Jego pracy. Widziałam, w jaki sposób przygotowuje się do pisania. Pierwszą fazę stanowiła szczegółowa analiza wydarzeń, ważności i czasu pracy nad tematem. Powstawał plan działania, a następnie gromadzenie książek związanych z badanym tematem. Książki te ustawiał w pobliżu maszyny do pisania na specjalnym regale w swoim gabinecie. Książki musiały się znajdować na wyciągnięcie ręki, tak aby można było do nich zajrzeć, nie odrywając się od maszyny. Pisał przez cały dzień z przerwą na posiłki i spacery z psem Amiką. Wieczorami siadał przy biurku, wyciągał z szuflady swój pamiętnik i zapisywał, co w danym dniu zrobił pod względem naukowym (pamiętniki te znajdują się u córki w Genewie). Zasypiał i śnił o swojej pracy. Opowiadał, że często się budził, a jeśli miał sny twórcze, to szybko wyskakiwał z łóżka, zapisywał je na kartce papieru i ponownie zasypiał. Rano i wieczorem telefonował do Luzina. Rano, by opowiedzieć, jak spędził noc i co mu się wyśniło, a wieczorem zdawał relacje z tego, jak spędził dzień.

W listach uzupełniał relacje telefoniczne. W liście z 12 lutego 2002 roku pisał: Życie wypełnione jest dwiema i stałymi czynnościami, najwięcej czasu poświęcam krzątaninie dnia codziennego i projektowaniu dnia następnego, nieraz trochę dalej, a na drugim miejscu żyjemy wspomnieniami: Szczęśliwy ten człowiek, który może snuć wspomnienia przeżyć radosnych i krzepiących. Należę do tych, co nie zapominają o dniach gorzkich i bolesnych, ale krzepię się wspomnieniami miłymi i wciąż pozostającymi w pamięci .

Pamięć miał Profesor fenomenalną,

właściwie fotograficzną. Doskonale orientował się w swoich zbiorach bibliotecznych. Sporządzając przypis, szybko wyszukiwał właściwą stronę w opasłym dziele. Umiejętność tę doskonale wykorzystywał przy nauce języków obcych, zaczynając od greki, łaciny po języki nowożytne. Twierdził, że najlepiej znał tylko jeden język – kaszubski. Przekonywał również innych, że każdy z nas jest zobowiązany do pielęgnowania „rodzinnej mowy”, tej, której nauczyli nas rodzice. Ponadto uważał, że znajomość języka kaszubskiego i funkcjonujący w nim ruchomy akcent ułatwiał mu przyswajanie każdego nowego języka. Umiejętność posługiwania się wieloma językami pozwalała profesorowi studiować oryginalne dokumenty źródłowe wykorzystywane do pisania artykułów i publikacji naukowych.

Profesor miał również marzenia.

Największym marzeniem było napisanie historii Kaszubów. Do pisania tej książki przygotowywał się właściwie całe życie, gdy uznał, że jest gotów przystąpił do pisania. Znów zaczęły krążyć listy z Poznania do Luzina. Trwało to dwa lata. Pierwszy egzemplarz Historii Kaszubów przywiózł profesor Józef Borzyszkowski na uroczystości 90-lecia urodzin Gerarda Labudy do Poznania. Profesor Labuda wręczył ten egzemplarz ówczesnemu  rektorowi uniwersytetu poznańskiego, mówiąc: Oddaję w pana ręce to dzieło. A po chwili dodał: To główne dzieło mojego życia!

Gerarda Labudę poznałam bardzo dobrze,

cieszyłam się Jego zaufaniem. Opowiadał mi wiele ciekawych historii ze swojego i rodzinnego życia. Rodzina była dla Niego najważniejsza. Pracował dniami i nocami, by zapewnić żonie i dzieciom dostatek. Kiedyś stwierdził, że za napisane i opublikowane artykuły i książki wybudował dom na Kanclerskiej, po chwili się roześmiał i dodał: teraz piszę książki bez honorarium, a dodatkowo płacę za ich opublikowanie.

Ciekawostkę stanowi fakt, że rokrocznie osobiście sporządzał swoje roczne zeznania podatkowe, każde kończyło się wezwaniem do Urzędu Skarbowego, wyjaśnianiem i dodatkową wpłatą na konto urzędu. W ostatnim swoim zeznaniu podatkowym, za rok 2009, uwzględnił otrzymaną od Prezesa Rady Ministrów nagrodę za swój dorobek naukowy (w wysokości 45 tys. zł). Planował te pieniądze przeznaczyć na stypendium dla zdolnych uczniów z Luzina i Strzepcza. Okazało się, że znów został wezwany do wyjaśnień, a gdy zapytałam, jaki był efekt tej wizyty, odpowiedział: Państwo dało i Państwo zabrało, ale to już ostatni raz.

W listach opisywał również swoje rozterki duchowe i problemy zdrowotne. W rocznicę śmierci żony (4.06.2006) pisał: Dzisiaj dzień wspomnień i odchodzącego smutku, mocnej nadziei, że dusze, które od nas odeszły, mają się lepiej tam w raju niż pod koniec życia tu na ziemi!!! W innym opisuje: Gdy przed wielu laty na zawodach lekkoatletycznych w gimnazjum biegłem moje 3 tys. metrów (!), najgorszy kryzys przechodziłem jakieś 500 metrów przed metą i wtedy nie trzeba się było poddawać, nawet przystanąć na parę sekund, zaczerpnąć powietrza i znowu ruszyć do przodu, kryzys mijał i dobiegałem do mety. Teraz jest to samo; przed paru dniami trochę zabrakło tchu, ale zaczerpnąłem trochę świeżego powietrza z Luzina (tam na mnie też czekają) i już widzę coraz bliżej metę.

Ze wszystkich problemów zdrowotnych wyciągała Go zawsze ukochana córka Pusia, mieszkająca w Genewie. Ostatniego kryzysu nie udało się zażegnać. Zgodnie z Jego wolą pogrzeb odbył się w Luzinie (9 października 2010 r.). Kondukt pogrzebowy był długi i trudno tu wymienić wszystkich. Jedno jest pewne, że uczestniczyli w nim wszyscy ci, którzy szanowali i kochali profesora Gerarda Labudę jako zwyczajnego człowieka, wybitnego naukowca, syna ziemi kaszubskiej. W promieniach pięknego jesiennego słońca, z czapką gimnazjalisty Liceum im. Króla Jana Sobieskiego w Wejherowie na trumnie, złożono Jego ciało do wcześniej przygotowanej mogiły. Do Luzina wróciła również Jego ukochana Amika.

 

Pisząc ten tekst, stwierdziłam, że miałam ogromne szczęście poznać tak wybitnego i skromnego człowiekiem i z Nim współpracować. Myślę, że można Go nazwać „motylem w jantarze”, a jeśli ktoś chce wiedzieć, co to znaczy, niech przeczyta książkę Józefa Kisielewskiego pt. Ziemia gromadzi prochy.



Prof. Gerard Labuda w filmie z cyklu
"Wybitne Postacie Uniwersytetu"
Organizatorzy obchodów Roku Gerarda Labudy
Kontakt

Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej

84-200 Wejherowo, ul. Zamkowa 2a

tel. 58 736 18 21, 58 672 29 56 

sekretariat@muzeum.wejherowo.pl  

Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie

80-837 Gdańsk, ul. Straganiarska 20-23

tel. 58 301 27 31, 58 300 06 83

biuro@kaszubi.pl